Prawie zadzwoniłem do deratyzacji. Ręce mi się trzęsły. To coś pod jej szafą wyglądało, jakby wyłoziło się z koszmaru. Kurz, włosy, dziwna faktura, jakby coś półżywego, półgnijącego.
Siedziałem tam, sparaliżowany, odtwarzając w myślach każdy horror, jaki kiedykolwiek widziałem. Zapytać ją? Udawaj, że nigdy tego nie widziałem? Serce mi biło jak szalone… Kontynuuje…
Ciągle obracałem go w palcach chusteczką, przekonany, że odkryłem jakiś mroczny sekret. Każda nowa teoria pogarszała sprawę: jakiś dziwny eksperyment z pielęgnacją skóry, stopiona zabawka, zgniłe coś, czego nawet nie chciałem nazwać.
Im dłużej się wpatrywałem, tym bardziej wydawało się obce, jakby wcale nie pasowało do zwykłej sypialni.
W końcu niepokój zwyciężył nad zażenowaniem. Podszedłem do niej, trzymając go jak dowód, plącząc się w słowach. Spojrzała na nią i wybuchnęła śmiechem tak mocno, że musiała oprzeć się o ścianę. Między łapczywymi oddechami wyjaśniła: to tylko stara galaretka, porzucona, pogrążona w kurzu, przemieniona przez czas. Czułem się śmiesznie, ale też dziwnie ulgą. Potwór pod szafą nie był tajemnicą ani sygnałem ostrzegawczym — tylko zapomnianym, nieszkodliwym fragmentem jej przeszłości, z którego mogłyśmy się śmiać razem.