Otworzyłem drzwi domu i zamarłem.
Lena stała pośrodku naszego salonu, ubrana w tę samą białą sukienkę, którą kupiłam jej na rocznicę. Miała rozpuszczone włosy. Była piękna jak zawsze.
A obok niej stał mężczyzna. Brudny. W podartych ubraniach. Z zaschniętą krwią na twarzy. Przytulał moją żonę, a ona trzymała go mocno w ramionach, z zamkniętymi oczami.
Aktówka wypadła mi z rąk.
Lena się odwróciła. Nasze oczy się spotkały – i dostrzegłem w jej spojrzeniu nie poczucie winy. Nie strach. Coś zupełnie innego. Ulgę. Zmieszaną z przerażeniem.
„Artem” – powiedziała cicho. „Mogę wyjaśnić”.
Nieznajomy powoli uniósł głowę. Spod warstwy ziemi i tygodniowego zarostu zacząłem dostrzegać jego rysy. Złamany nos – dokładnie taki sam, jaki miał po wypadku. Blizna nad lewą brwią – pamiętałem, jak wyglądała. Miałem wtedy dwanaście lat.
„To niemożliwe” – wyszeptałem.
Bo ten człowiek umarł. Stałem przy jego trumnie. Rzuciłem ziemię na wieko trumny. Płakałem nad jego grobem dziesięć lat temu.
To był mój brat Dmitrij.
„Witaj, Artemie” – powiedział ochrypłym, łamiącym się głosem. „Przepraszam, że tak długo to trwało”.
Cofnąłem się o krok. A potem o kolejny. Bo jeśli Dima żył, to znaczyło, że w tej trumnie był ktoś jeszcze. To znaczyło, że ktoś bardzo chciał, żebyśmy myśleli, że nie żyje. A to oznaczało, że moja żona wiedziała o tym od samego początku.
„Lena” – powiedziałem, a mój głos brzmiał dziwnie. „Od ilu lat o tym wiesz?”
Nie odpowiedziała od razu. I ta trzysekundowa pauza zniszczyła wszystko, w co wierzyłem przez ostatnie dziesięć lat.
„Od samego początku” – powiedziała w końcu. „Artem, posłuchaj mnie. On cię ratował. Przez cały ten czas cię ratował. A teraz ci ludzie znowu przyszli”.
Za oknem słychać było dźwięk samochodu. Potem kolejny. Reflektory przecinały ściany salonu.
Dmitrij gwałtownie wstał i podszedł do okna, trzymając się blisko ściany.
„Znaleźli mnie” – powiedział. „Mamy trzy minuty”.