Dramat pod Kępnem. Dorota i jej niepełnosprawny synek zginęli przez mały przedmiot z pokoju dziecięcego

Piątkowe popołudnie przy ul. Jeżynowej w Myjomicach pod Kępnem miało być czasem odpoczynku, a stało się areną niewyobrażalnego dramatu.

Wszyscy podejrzewali awarię nowoczesnej technologii, ale prawda okazała się o wiele bardziej przerażająca w swojej prostocie.

Dorota i jej 11-letni syn zginęli przez przedmiot, który znajduje się w niemal każdym dziecięcym pokoju.

Szokujące ustalenia biegłego w sprawie dramatu pod Kępnem. To nie fotowoltaika była winna

Gdy w piątek, 16 stycznia, służby otrzymały zgłoszenie o zdarzeniu w miejscowości Myjomice pod Kępnem, pierwsze doniesienia sugerowały scenariusz znany z medialnych nagłówków: awaria instalacji fotowoltaicznej.

Jednak śledztwo w sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Kępnie, a jej ustalenia szybko rozwiały te spekulacje, ujawniając szokującą prawdę.

Biegły z zakresu pożarnictwa, który pracował na miejscu tragedii, dokonał wstrząsającego odkrycia. Źródło ognia nie pochodziło z dachu czy skomplikowanej instalacji elektrycznej, lecz z dziecięcego pokoju. Janusz Walczak, rzecznik prokuratury, cytowany przez portal Eska.pl, przekazał mediom ustalenia, które powinny być ostrzeżeniem dla wszystkich rodziców:

Najbardziej prawdopodobną przyczyną tragedii było przegrzanie baterii w jednej z dziecięcych zabawek.

Początkowe plotki o panelach słonecznych zostały ostatecznie wyjluczone, tym bardziej że – jak potwierdziły służby – na budynku w ogóle nie było paneli słonecznych. To właśnie przegrzanie baterii w zabawce doprowadziło do katastrofy, która zabrała życie 38-letniej kobiety i jej dziecka.

Pogotowie i straż pożarna pod Kępnem

Heroiczna walka ojca i “cichy zabójca” na poddaszu

Dramat rozegrał się błyskawicznie. W domu przebywało łącznie pięć osób. 46-letni ojciec rodziny, w obliczu śmiertelnego zagrożenia, wykazał się niezwykłą przytomnością umysłu, wynosząc z budynku dwoje najmłodszych dzieci w wieku 1 i 4 lat. Niestety, na poddaszu została jeszcze dwójka domowników. 38-letnia Dorota nie wahała się ani chwili – wbiegła w kłęby dymu, wiedząc, że na górze jest jej 11-letni, niepełnosprawny syn.

To, co działo się na piętrze, strażacy określają mianem “pożaru bezogniowego”. To podstępny i cichy morderca. Nie było wielkich płomieni trawiących dom, lecz zabójcze tlenie się przedmiotów, które błyskawicznie wypełniło pomieszczenia toksyczną mgłą.

Zatrucie gazami pożarowymi okazało się wyrokiem. 11-letni chłopiec zmarł na miejscu, mimo podjętej reanimacji. Jego matka, w stanie krytycznym, trafiła do szpitala. Niestety, w nocy z piątku na sobotę nadeszła najgorsza wiadomość – serce bohaterskiej matki przestało bić.

Tak wyglądały poszukiwania 37-letniej Emilii pod Włodawą. Tragiczny finał kłótni z mężem.

Źródło: Facebook: Policja Włodawska

Galeria10 zdjęć

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *