Z nagłym szarpnięciem ich powóz się zatrzymał. Na mokrej od deszczu drodze siedział samotny pies o sierści koloru wypolerowanego brązu i oczach błyszczących niczym dwa światełka nadziei.
Spoglądał na karetkę ze spokojnym autorytetem – jakby sam los wyznaczył mu drogę. Kierowca zatrąbił, co było donośnym sygnałem w burzliwej pogoni, ale stworzenie ani drgnęło.
Przez dziesięciolecia służby medycy byli świadkami katastrof niezliczonych niczym ziarenka piasku, ale nigdy nie napotkali tak milczącego strażnika.