Nie spodziewaliśmy się, że Walter przeżyje noc. Jego oddech był płytki, a słowa niewyraźne – powtarzało się tylko jedno imię: „Murphy”. Myśleliśmy, że to syn albo stary przyjaciel, dopóki córka nie wyjaśniła – to był jego pies.
Za specjalnym pozwoleniem Murphy został wprowadzony. Stary pies cicho przeszedł między maszynami, merdając ogonem i wpatrując się w Waltera. Kiedy wdrapał się na łóżko i położył głowę na piersi Waltera, ten po raz pierwszy tego dnia otworzył oczy.
W ciągu następnych kilku dni Walter nabierał sił. Powiedział mi, że Murphy kiedyś kogoś uratował – dziewczynę o imieniu Lizzie, która kiedyś go wyprowadzała. Po tym, jak zaginęła, Murphy zaprowadził Waltera do miejsca, gdzie leżała ranna i zmarznięta. Lizzie przeżyła. Stracili kontakt.
Pielęgniarka znalazła historię w internecie – „Pies prowadzi mężczyznę do zaginionej nastolatki”. Podzieliłam się nią anonimowo. Trzy dni później pojawiła się Lizzie – ze swoją córeczką. Codziennie odwiedzała Waltera, śmiejąc się, wspominając i odzyskując siły.
Kiedy Walter został wypisany ze szpitala, nalegała, żeby zamieszkał w jej domku gościnnym. Murphy odzyskał ogród i dziecko, które go kochało.
Osiemnaście miesięcy później Walter odszedł spokojnie w towarzystwie Murphy’ego.
W swoim ogrodzie Lizzie umieściła kamień:
Murphy – Anioł Stróż. Dobry chłopiec na zawsze.