Ares ratował ludzkie życia. Niezliczoną ilość razy chwytał nóż przeznaczony dla kogoś innego i stawał między niebezpieczeństwem a niewinnymi. Jednak gdy już nie był potrzebny, jedyną czekającą go możliwością była eutanazja.
Pracuję w schronisku powiatowym. Na jego formularzu zgłoszeniowym widniał napis: Policja Miejska – nadwyżka. Dziewięć lat. Za stary do pracy, za wyszkolony do adopcji. Porzucony jak zepsuty sprzęt.
Ares stał cicho w swojej budzie, artretyzm drżał mu w kręgosłupie, a oczy wciąż szukały rozkazów, które nigdy nie nadejdzie. Nie mogłem pozwolić mu tak skończyć. Jeszcze tego samego wieczoru podpisałem dokumenty o adopcję.
W domu żył jak duch – strzegł drzwi, krążył po pokojach, czekając na cel. Aż pewnej nocy zaginęło niemówiące dziecko sąsiadki. Bez wahania Ares powrócił do życia. Po otrzymaniu zapachu i polecenia, poprowadził nas przez ciemność do chłopca, zimnego, ale żywego.
Misja wykonana.
Po tej nocy Ares w końcu odpoczął. Przekonał się, co to znaczy miękkie łóżko i słońce. Miał sześć spokojnych miesięcy – miesięcy, na które zasłużył dawno temu.
Kiedy jego ciało w końcu odmówiło posłuszeństwa, objąłem go i wyszeptałem prawdę: nigdy nie był zbędny. Był bohaterem, który potrzebował tylko jednej, ostatniej szansy, by służyć.
Gdzieś tam czeka na odkrycie kolejny wojownik.